9 kwietnia 2015

Dobra zalotka do rzęs za grosze.







Z zalotką właściwie się nie rozstaje. Jeśli tylko zależy mi na bardziej podkręconych rzęsach zawsze po nią sięgam, bo żaden tusz solo nie daje nawet w części tak mocnego efektu. Zalotek przerobiłam parę i nauczyłam się, że tutaj nawet tańsze sprawdzają się bardzo dobrze. Moja najstarsza zalotka ma już 6 lat i pochodzi właśnie z H&M. Ostatnio jednak pojawiły się w sklepie ładniejsze, pomyślałam więc że może być to fajna okazja aby Wam je pokazać i troszkę o nich powiedzieć. Kosztują 19zł i mogą służyć nam całkiem nieźle.


Jeśli chcecie poczytać więcej o pielęgnacji rzęs zobaczcie;




To za co lubię zalotki z H&M to cecha, która różni je od innych zalotek jakie miałam okazję stosować:).
Jest po prostu większa, a łuk w jaki wygięty jest koniec, łagodniejszy. Dobrze widać to na ostatnim zdjęciu. Dlatego okaże się lepsza dla posiadaczek większych oczu, bardziej wypukłych powiek ruchomych. Często było mi trochę łatwiej złapać rzęsy na środku, bo właśnie na ich podkręcaniu najbardziej mi zależy. Te na zewnątrz zdarza mi się często pomijać, bo wolę kiedy są bardziej proste.








Aby podkręcić rzęsy trzeba jednak nacisnąć troszkę mocniej bo sama 'dźwignia' jest zbudowana pod innym kątem niż w np zalotce maca.
Musimy więc troszkę więcej się napracować, a efekt jest ciut delikatniejszy. Zalotka ma dobrą gumkę, w opakowaniu znajdujemy też jedną zapasową. Gumka jest wypukła, co jest bardzo ważne:).

Co najważniejsze- krawędź jest dobrze wygładzona, nie ma tu żadnych ostrych momentów, pod tym względem zalotka nie odbiega od Inglota czy Maca.
Niżej możecie zobaczyć jak wyglądają rzęsy z jedną warstwą tuszu, przed i po podkręcaniu.
Tutaj też rzęsy były złapane tylko raz, bez jakiegoś specjalnego przeczesywania czy dokładania tuszu potem.






Sama zalotka oczywiście jest bardzo ładna i budowa samego modeli nie różni się od tego, który w mojej kosmetyczce przetrwał tyle lat:). Zalotka z H&M była chyba pierwszą na jaką się skusiłam i po prostu została ze mną.

Ale oczywiście zalotek na naszym rynku jest dużo. Jakie jeszcze polecam?

Na pewno warta uwagi jest zalotka z Inglota- osobiście wolę srebrną od czarnej. Właśnie ta ciemno srebrna budową bardzo przypomina maca i choć kosztuje obecnie 40zł, jest warta swojej ceny.







Niżej możecie zobaczyć jak wygląda wycięcie zalotki H&M i Mac.

Złota zalotka jest na tyle ładna, że może być sympatycznym prezentem dla przyjaciółki, która chciałaby spróbować podkręcania.
Nie ma sie co obawiać o rzęsy- tutaj kluczowa jest pielęgnacja czyli natłuszczanie najlepiej na noc. Wtedy nasze rzęsy są bardzo wytrzymałe, giętkie i odporne nawet na częste podkręcanie. Sama robię to bardzo często bez szkody dla nich.



Używacie zalotek?
Jeśli macie pytania lub jakieś problemy np z podkręcaniem rzęs piszcie!


Buziaki


Ala





6 kwietnia 2015

Pielęgnacja w domu- naturalne nowości:)








Wizyty w rodzinnym domu zawsze sprzyjają testowaniu nowych produktów do pielęgnacji i sporządzaniu naturalnych kosmetyków. Tym razem parę rzeczy jakie zabrałam ze sobą, zaczynając lub kontynuując testowanie, coś do jedzenia, picia i obecnie stosowany ziołowy 'tonik';).

Na pierwszym zdjęciu widzicie włosową ciekawostkę... Jak pewnie wiecie, olej lniany to mój ulubiony olej do włosów i od paru lat właściwie nigdy nie stosuję nic innego na dłużej. Zawsze wracam do mojego oleju który trzymam w lodówce. W Pigmencie wypatrzyłam olej do włosów Ecolab, którego bazą jest właśnie olej lniany, musiałam więc sprawdzić czy mieszanka będzie lepsza nić mój ulubieniec solo.

Co mamy w składzie?

Olej lniany, olej ze słodkich migdałów, olej z zarodków pszenicy, witaminę E, proteiny jedwabiu, kolagen.
Jest więc całkiem fajnie i ciekawie, ale przede wszystkim skutecznie. Po paru pierwszych aplikacjach z przyjemnością stwierdzam, że olej sprawdza się przynajmniej tak samo dobrze jak lniany, jeśli nie lepiej.

Nie wiem czy też sprawdzacie w ten sposób oleje, ale ja już w trakcie nakładania wiem, że będzie dla mnie odpowiedni. Właśnie lniany i jemu podobne dają na moich włosach efekt natychmiastowego wygładzenia, włosy są niesamowicie miłe. Oleje których moje włosy nie lubią, nigdy nie dają takiego rezultatu w trakcie nakładania:).

Ten olejek na pewno moim włosom służy. Są o wiele bardziej lśniące, mocniej wygładzone i mniej się puszą. Kosztuje 20zł a opakowanie jest dość spore, co jeszcze bardziej cieszy:).


W czasie pobytu w domu postanowiłam kontynuować kurację pewnym peelingiem i maseczką ale dodałam nowość- pewien świetny ziołowy tonik.






Ostatnie ziołowe zakupy zaowocowały sporą kolekcją niesamowicie ciekawych roślin, mających bardzo fajny wpływ na moją skórę. Jedną z nich jest pierwiosnek a dokładniej jego suszone kwiaty, które możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej...
Pierwiosnek ma działanie przeciwzapalne, przeciwgrzybiczne, przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe, więc dokładnie takie na jakim nam zależy w przypadku skóry z niedoskonałościami!


Ja zaparzam go na bieżąco, przy okazji sporządzania herbaty którą oczywiście wypijam (świetny na kaszel). Do pozostałości dodaję parę kropli eko octu jabłkowego i po myciu przecieram skórę takim tonikiem.
Wszystko o wiele szybciej się goi:)






Maseczki o których pisałam to dwie rzeczy, które mam u siebie już od dość dawna:). Pierwszą jest maseczka- peeling K+K czyli słynny zdzierak z Fitomedu. To moje drugie opakowanie, pierwsze bowiem zużyłam już bardzo dawno temu.
Ten peeling zawiera kwas mlekowy i kormud. Obecnie mija 5ty dzień codziennego stosowania na niektóre parte twarzy- zwykle bowiem prowadzę właśnie taką tygodniową kurację a później stosuje bardziej sporadycznie. W innym wypadku bowiem peeling jest dla mnie za delikatny, trzymam go też troszkę dłużej niż zaleca producent. Zwykle jest to w moim przypadku 15 minut.
Peeling łączy w sobie zalety peelingu kwasowego oraz mechanicznego, bardzo efektywnie ale nadal delikatnie złuszcza skórę, wyczuwamy że jest o wiele gładsza, pozwala troszkę uporać się z zaskórnikami, rozjaśnia i w jakimś stopniu zapobiega powstawaniu nowych niespodzianek.

Lubię go i myślę że niektórym z Was bardzo się przyda-produkt zbiera głównie pozytywne opinie. Może już go znacie?:)






Drugim produktem jest maseczka z glinki marokańskiej. Zwykle korzystam z glinki w proszku, tym razem wygodniej było mi zabrać taką w tubce, czyli Lerosett. Glinka marokńska to mój hit od bardzo długiego czasu, ta również sprawdza się świetnie i nie dodaję do niej już żadnych olejków. Nie pozwalam jej wyschnąć bo wtedy mocno ściąga skórę i może ją podrażnić. Jednak stosowana odpowiednio sprawia, że skóra wygląda po prostu świetnie i obecnie stosuję głównie na brodę, nos i czoło:).







Niżej jeszcze coś do jedzenia czyli dodatek do śniadania:). Awokado uwielbiam i często dorzucam do niego jeszcze jakieś orzechy i pojedyncze owoce lub częściej warzywa.


Co słychać u Was? Jak mijają Wam Święta i czas wolny? Może też korzystacie z chwili dla siebie i testujecie pielęgnacyjne nowinki?


Buziaki


Ala






3 kwietnia 2015

Dzisiaj użyłam.... czyli nowości i starsze hity do makijażu dziennego?






Dzisiaj produkty które uwielbiam od dawna, lub dopiero sprawdzam w dziennym makijażu. Parę z nich używam regularnie, parę to nowości które dopiero zagościły w mojej kosmetyczce. Ciekawostki które na pewno mogę polecić i które dobrze się sprawdzają.
Może jakoś Was zainteresują:))


Do podkreślenia brwi zdarza mi się używać paletki cieni Dr Hauschka w kolorze nr 07. Mamy tutaj jaśniejszy, lekko cynamonowy odcień dobry do podkreślania początkowego odcinka brwi i ciemniejszy, lepszy do wypełniania braków w na dalszych docinkach. Wcześniej używałam jej głownie do makijażu oczu, ale tak naprawdę najbardziej lubię ją na brwiach właśnie. Ciemny kolor jest wręcz idealny, naturalny i zgaszony.

Niżej bardzo fajny eyeliner Pinceau z Bourjoius. U mnie jest trwały, pędzelek okazał się bardzo wygodny. Samo opakowanie przypomina mi ulubiony niegdyś eyeliner Flormaru:).


Lumene zmieniło troszkę opakowania kosmetyków i te nowe są naprawdę piękne! Na zdjęciu widzicie biały rozświetlający korektor który obecnie testuje pod oczami. Czy jest lepszy od mojego ulubionego korektora Gosh i Lumene w tubce?
Na pewno jest inny, ma bardziej neutralny, beżowy odcień (recenzję jeszcze przygotuje):). Nie jest jednak zbyt chłodny, ani tak brzoskwiniowo- łososiowy jak Lumene w tubce. Sama formuła jest bardzo fajna- nawilżająca, lekko rozświetlająca, trwała nie podkreśla suchych skórek. Teoretycznie produkt miał wypełniać linie mimiczne i robi to- po prostu lekko się w nich zbierając:D
Nie jest to jednak zbieranie nadmierne, więc nie zaliczam tego do wad korektora.

Piękna matowa szminka Isa Dora Twist Up Matte Lips nr 56 to naprawdę bardzo ładny róż. Wygląda na skórze bardzo ładnie, optycznie wygładza, ale też leciutko wysusza usta- ja muszę pamiętać o balsamie jeśli noszę ją w ciągu dnia.
Zdecydowanie wolę nakładać jej mniej i po prostu wklepywać opuszkiem w usta dodając odrobinę koloru. Chyba generalnie na co dzień nie lubię aż tak pełnego krycia na ustach:).


Jeśli już jesteśmy przy balsamach. Ostatnio pisałam Wam o eosie i softlips, dzisiaj polecam bardzo fajny naturalny balsam Purite, który posiadam w wersji różanej.Tutaj wadą którą widzę od razu jest prosty słoiczek, z którego z czasem trzeba będzie produkt wygrzebywać. Na szczęście działanie jest bardzo fajne i nie pozostawia nic do życzenia:)








Duo z Bobbi Brown jest wieczne i postanowiłam w końcu je zużyć, więc korzystam z niego bardziej intensywnie. Co jakiś czas takie połączenia róży i bronzerów u nich wracają:)


Jak Vichy Dermablend sprawdza się na suchej skórze? O ile bez zastanowienia polecam go do skóry tłustej to sucha jest dla niego większym wyzwaniem. Nie jest jednak źle! Krycie oczywiście bombowe, natomiast sama formuła podkreśla u mnie skórki mniej niż lekki Teint Ideal, który niestety też szybko z mojej twarzy znika. Dermablend wyklucza potrzebę stosowania korektora za co na pewno ogromny plus.
Mój kolor to Opal, na szczęście posiada żółte tony:)


Bronzer W7 o którym już Wam pisałam dalej jest moim hitem!


Tusz Bourjouis Volume 1 Seconde Ultra Black- to już chyba jego ostatnie dni. Na pewno kupię następne opakowanie- szczoteczka miło mnie zaskoczyła, lubię z nim pracować, mogę uzyskać naprawdę fajne pogrubienie. Z jakimś tuszem wydłużającym stanowią idealne połączenie!


No i oczywiście Zoeva Naturally Yours czyli jedna z paletek po które sięgam najczęściej. W moim wypadku pobija ją tylko Nude Tude z The Balm, ze względu na większą ilość odcieni jakie mi pasują. Ale Zoevę uwielbiam za ładne rozświetlające cienie:).



Ja pomału zabieram się za pakowanie, wybieram rzeczy jakie ze sobą zabiorę by przygotować dla Was jakiegoś naturalnego posta- jak zawsze kiedy jestem w domu rodzinnym:)

Jak u Was przygotowania?

Jeśli macie pytania piszcie!

Buziaki

Ala







1 kwietnia 2015

Hity z apteki. Produkty które warto mieć w domu.









Dzisiaj coś szczególnie przydatnego. Podstawa, która na pewno przyda się każdej z Was w różnych sytuacjach:) Moje apteczne hity jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, a wracam do nich od wielu lat ze świetnym skutkiem. Są uniwersalne, wielozadaniowe, zdecydowanie warte tego, by stworzyć dla nich osobną kosmetyczkę!
Ponieważ zwykle komentarze to kopalnia wiedzy także dla mnie, czekam na Wasze apteczne hity i sprawdzone kosmetyki. Dajcie znać co szczególnie lubicie!



Vitella Ictamo.

Sama maść cynkowa i ichtiolowa nigdy do końca nie sprawdzały się u mnie idealnie, to ich połączenie w tym kremie jest po prostu boskie! Przygodę z Vitellą zaczęłam na początku studiów- z tego co pamiętam natknęłam się na jakąś notkę dotyczącą pogrubiania skóry, w której ktoś wspominał właśnie o Vitelli. Wtedy też ją kupiłam i do dzisiaj mam w swojej 'apteczce'. Jest to też jeden z kremów, które stosuję często kiedy zależy mi na poprawie stanu skóry i wyleczeniu stanów zapalnych. Radzę robić przerwy bo po dłuższym czasie stosowania codziennie moja skóra chyba się do niej przyzwyczaiła. Teraz nie używam jej już tak często, ale miewałam takie momenty.
Vitella świetnie regeneruje skórę, koi stany zapalne czy ranki i lekko je wysusza. Łagodzi podrażnienia, przy dłuższym stosowaniu rozjaśnia przebarwienia i ujednolica koloryt.
Niestety, trudno ją dostać, w aptece trzeba zamówić ale i tak warto:). Świetnie sprawdza się też na podrażnienia i krostki po depilacji!







Krem antyseptyczny Himalaya Herbas.

Znamy się już od dłuższego czasu i bardzo lubimy. Stosowałam go troszkę jak Epikrem, na dłonie, stopy, zadrapania, uczulenia. Na twarzy też, ale tylko przez pewien okres, ze względu na parafinę w składzie. Oprócz tego oczywiście mamy tutaj też aloes, niepokalanek malabarski, manjisthe.
Krem przyśpiesza gojenie, łagodzi podrażnienia i bardzo dobrze radzi sobie z niedoskonałościami. Przez noc potrafi ładnie zmniejszyć stany zapalne, nadaje się też do stosowania na podrażnienia po goleniu lub nawet w miejscach intymnych:).







Rybki Gal.

Te keratynowe i widoczne na zdjęciach A+E:). Obie wersje są świetne a te keratynowe genialnie sprawdzają się na włosach w roli serum na końcówki:>. A+E świetnie wpływają na skórę twarzy, rąk, paznokci i na skórki. Rybki zapewniają poprawę w nawilżeniu skóry, są fajnym nocnym serum i jedyna ich wada to zapach:)
Keratynowe potrafią wzmocnić rzęsy- za 11zł możemy kupić je np tutaj (klik). 



Retimax 1500.

Stosuję głównie na suche partie na ciele, łokcie, stopy (świetna jeśli na nią założymy na noc skarpetki:). Bardzo dobrze sprawdza się przy popękanych ustach, zajadach i suchych skórkach czy 'zadziorkach'.
W składzie mamy palmitynian retinolu, łagodniejszą, estrową pochodną witaminy A, która jest również najmniej skuteczna. Nie da nam takich efektów jak retinol ale za to może być stosowana do skóry bardzo wrażliwej, nie powoduje łuszczenia i nikomu nie zaszkodzi.
Przyśpiesza gojenie i łagodzi podrażnienia. Obecna w składzie wazelina przy dłuższym i bardziej obfitym stosowaniu może zapychać dziewczyny skłonne do takiego reagowania na tłuste kosmetyki. Ryzyko zapychania można zminimalizować przez stosowanie kosmetyku zgodnie z zaleceniami, czyli tylko w momencie kiedy pojawia się problem i przez krótki okres. Nie jest to bowiem kosmetyk, który dziewczyny skłonne do zapychania mogą stosować zamiast kremu na dzień.Za to nadaje się jako natłuszczacz pod oczy, szczególnie w zimie:)


Octenisetp.

Octenisept to antyseptyk stosowany w profilaktyce i leczeniu ran, błon śluzowych i skóry. Zawiera octenidynę wykazującą działanie bakteriobójcze. Nie jest toksyczna i może być stosowana u niemowląt. Alkohol fenoksyetylowy zaś stosowany jest jako bakteriostatyk. Oczywiście, może lekko wysuszać więc nie ma co stosować go bez opamiętania, szczególnie w obrębie twarzy:)Posłuży nam do przemywania ran po piercingu, odkażania skóry po goleniu, odkażania maszynek. Pomoże
przy aftach w jamie ustnej, anginie ropnej (jest też wersja do płukania jamy ustnej).
Możemy użyć go do  przemywania ran przy trądziku, przy rolowaniu derma rollerem i odkażaniu rolki, przy zranieniach i przykrych wypadkach.



Wazelina- Ziaja lub Vaseline.

Vaseline pamiętam jeszcze z młodości bo jedno opakowanie znalazło się w paczce z USA:) Było duże i na tyle wydajne,  że zostało w domu na bardzo długo. Vaseline podbiło Rossmany, ale wcześniej stosowałam jeszcze wazelinę Ziaja, którą uwielbiałam nakładać na usta. Bywały momenty, kiedy tylko ona mi pomagała:).






Epikrem.

Świetny natłuszczający krem który lubię stosować zimą czy w trakcie przeziębienia kiedy skóra w okół nosa jest podrażniona. Zdarzało mi się stosować na skórę rąk jeszcze na studiach, na podrażnieniach po różnych benzyno podobnych świństwach;). Później na popękane w wakacje stopy, skórki paznokci, jakieś alergie- zawsze byłam zadowolona więc polecam:)
Kosztuje około 16zł (klik).






Tribiotic.

Idealny na wszelkie ranki, niedoskonałości, po zabiegach i piercingu;). Oczywiście jeśli nie jesteśmy uczulone na żaden ze składników i nasz problem ma podłoże bakteryjne. Mamy tutaj trzy antybiotyki a sam produkt najlepiej sprawdza się właśnie w sytuacjach kryzysowych, czyli kiedy się skaleczymy i musimy czymś poratować. Wtedy genialnie sprawdza się też następny produkt....



Peroxygel 3,0 czyli woda utleniona w żelu.

Nie spływa, tworzy warstwę okluzyjną, pomaga goić się rankom i świetnie je dezynfekuje. Od kiedy weszła na rynek, praktycznie zrezygnowałam ze zwykłej wody, bo żel zawsze jest niesamowicie wygodny, działa dłużej i efektywniej. Najfajniejsza jest właśnie ta warstwa ochronna jaką tworzy na rance. Co ciekawe, znam dziewczyny które z jej pomocą stopniowo rozjaśniają wąsik nakładając ją na noc:).
Must have każdej apteczki!






Uzarin.

Kiedy opuszek mojego palca w trakcie treningu znalazł się między jednym 20 kilowym ciężarkiem a drugim, Urazin pomógł mu dojść do siebie:). To żel na siniaki, opuchlizny i urazy, zawierający wyciąg z nagietka i arniki górskiej. Wtedy, choć myślałam że palec mi dosłownie odpadnie, obeszło się bez większego siniaka a opuchlizna stopniowo schodziła z dnia na dzień, pozostawiając tylko lekką tkliwość;).
Na wszelki wypadek też zawsze warto mieć go u siebie.




Znacie, używacie?
Jakie są Wasze hity z apteki?:)


Buziaki

Ala






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Obsługiwane przez usługę Blogger.