20 września 2012

DIY naturalny peelig do ust.









Dziś mam dla Was prosty i szybki w wykonaniu przepis na przepyszny i naturalny peeling do ust. Zwykle delikatnie złuszczam usta szczoteczką, ale ostatnio chciałam spróbować czegoś innego. Wcześniej myślałam nad zamówieniem podobnego peelingu do ust z Lusha, ale pomyślałam że mogę zrobić go sama.

Sprawdza się naprawdę doskonale i serdecznie polecam wypróbowanie go. Wiele z Was na pewno będzie go kojarzyć, ale takie naturalne sposoby zawsze warto przetestować!

Niesamowicie nawilża usta, sprawia że stają się gładkie miękkie i niesamowicie przyjemne! Może zadziałać również na łuszczące się skrzydełka nosa:)





  




 
Czego potrzebujemy?

Jeśli chcemy zostawić troszkę peelingu na później przyda nam się mały pojemniczek. Ja użyłam starego po próbce kremu:)
Oczywiście możemy też mieszać troszkę peelingu na łyżeczce i zużyć go od razu.





  





Teraz czas na składniki.

Zaczynamy od łyżeczki miodu i dodajemy do niej łyżeczkę oliwy z oliwek, lub innego wybranego oleju, no makadamia lub kokosowego.
Następnie dodajemy łyżkę cukru i parę kropli soku z cytryny i mieszamy. Część cukru możemy jeszcze skruszyć i dodać tak aby mieszanka była bardziej gęsta. To wszystko! 







 

Nasz peeling jest gotowy:) Jeśli lubimy bardziej gruboziarniste peelingi możemy również używać go do twarzy.

Jeśli macie popękane usta nie dodawajcie cytryny! 

Masaż i peeling ust delikatnie poprawia ukrwienie i może sprawiać że usta będą wydawać się pełniejsze. Peeling jest również niesamowicie smaczny więc spokojnie możemy go zlizać:)








Jestem ciekawa czy znacie jakieś naturalne sposoby na dbanie o usta? I generalnie jakie kosmetyki możecie polecić:)

Dajcie znać czego używacie, po jakie balsamy najczęściej sięgacie i  jakie zawsze zabieracie ze sobą!

buziaki

Alina




 



19 września 2012

Złoty olejek do ciała Kiko, ulubiony eko sok, kosmetyki Pukka.







Jest jeden typ kosmetyków za którym przepadam... To złote olejki, których używam nie tylko w lecie, choć najczęściej właśnie na plaży są moimi nieodłącznymi towarzyszami.

 
Moim ulubieńcem od lat jest złoty olejek z Nuxe, ale jakiś czas temu, dzięki Aleksandrze miałam okazję testować taki olejek spod szyldu Kiko. Okresy testów przypadły na wakacje i słoneczne dni, ale ostatnio sięgnęłam po olejek znowu i pomyślałam że czas na końcowa opinię.


Opakowanie olejku jest piękne, matowe szkło wygląda bardzo elegancko i sam olejek może być ładnym prezentem dla np. przyjaciółki.Tym bardziej że również papierowe opakowanie robi wrażenie, niestety ja gdzieś je zapodziałam:)


 







Shimmering Body Oil z Kiko sprawdza się niesamowicie jeśli chcemy nadać ciału troszkę koloru i blasku... Niżej możecie zobaczyć swatche porównujące go z olejkiem Nuxa. Kiko w kolorze Satin Bronze jest bardziej ciemny i pomarańczowy a Nuxe bardziej żółtawo złoty.
Kiko jest również bardziej lśniący i lepiej nadaje odcień opalenizny. Może lekko brudzić ubrania a raczej przenosić na nie drobinki ale to samo dotyczy Nuxa.







Zapach również jest zupełnie inny. Uwielbiam zapach olejku Nuxe i w tej kwestii pozostaje on moim ulubieńcem, ale Kiko również pachnie przyjemnie. Bardziej przypomina zapach dziecięcej oliwki lub mieszankę kokosa i migdałów. Jest dość intensywny i długotrwały. Posiada SPF 10.








Sam olejek nadaje się tylko do ciała. Włosy obciąża a na buzię jest za mocny. Genialnie sprawdza się na nogach, kiedy chcemy dodać im troszkę koloru, blasku i optycznie wyszczuplić. Niestety drobinki nie utrzymują się na skórze zbyt długo i łatwo je zetrzeć.
Delikatnie nawilża, nie jest zbyt tłusty i okazał się być bardzo wydajny. 50ml kosztuje 11.9€, Alex pewnie da znać ile kosztuje u niej w sklepie tutaj.


Olejek jest fajniejszą tańszą alternatywą dla Nuxowego, który potrafi być niestety bardzo drogi. Pewnie wystarczy mi jeszcze na przyszłe wakacje i troszkę żałuję że nie sprawdził sie na włosach. Ciągle szukam złotego olejku który nie będzie ich obciążał.








Jeszcze troszkę o zdrowym odżywianiu aby nie było za monotonnie:) Najczęściej sama przygotowuje soki w sokowirówce, ale jeśli akurat nie mam na to czasu zawsze sięgam po soki z Tłoczni Maurera. To soki tłoczone z ekologicznych owoców, które przebijają wszystkie inne próbowane przeze mnie od czasu wcielenia w życie Planu Pięknej Skóry! Smakują dokładnie jak owoce z których są robione, co wbrew pozorom nie jest takie oczywiste. Sok z czerwonej porzeczki jest moim ulubieńcem ale próbowałam już wszystkich soków i nawet rabarbarowy jest pyszny. Ostatnio trafiłam na nie w Galerii Krakowskiej koło fontanny:) 


No i kiełki... kiełki są bogate w witaminy A,B,C, E, H. Zawierają duże ilości wapnia, żelaza, siarki, magnezu, potasu oraz biotynę, cynk, selen jak również mikroelementy: lit, chrom. Dziewczyny serdecznie zachęcam Was do wypróbowania kiełków bo pojawiły się nawet w Carrefour. Polecam również zakup kiełkownicy i samodzielne hodowanie kiełków bo to super zabawa!









Przy okazji wyjścia po kiełki udało mi się kupić jeszcze super tanie granaty, które są jednym z moich ulubionych owoców. Trochę niewygodne w jedzeniu ale warto pomęczyć się dla smaku!








Dziś również odebrałam paczuszkę z kosmetykami Pukka od sklepu Organeo. Pukka to naturalne kosmetyki oparte na filozofii Ajurwedy. W mojej łazience zaczyna się robić ajurwedyjsko, bo używam już ziołowego szamponu Khadi, teraz dojdzie to tego peeling, olejek i tonik. Co ciekawe, Pukka produkuje również suplementy diety i ja mam akurat okazję aby spróbować trawy pszenicznej:)

Kosmetyki zapowiadają się bardzo ciekawie, zobaczymy co z tego wyniknie.








Dla Was przy okazji recenzji będę mieć zestawy kosmetyków Pukka więc za jakiś czas urządzimy konkurs... Wcześniej rozdam Wam kremy od Biodermy ale jeszcze czekam na paczuszkę!






Na dziś to już chyba wszystko, odpowiedziałam na Wasze pytania w poście o włosach, została mi jeszcze tylko pielęgnacja:)

Buziaki


Alina




18 września 2012

Jak podkreślić skręt fal i loków. Produkty, sposoby, stylizacja....







Dziś obiecany post o reaktywacji loków i fal.  Wśród Was może być więcej posiadaczek włosów falowanych niż sądźcie i jeśli męczycie się z puszącymi, wiecznie niesfornymi włosami może okazać się że po małej zmianie pielęgnacji zostaniecie posiadaczkami bardzo ładnych fal!



Będziemy więc troszkę eksperymentować i mam nadzieję że post zainspiruje Was do przetestowania możliwości Waszych włosów!

Najpierw troszkę opowiem Wam o moich włosach (włosową historię pewnie jeszcze Wam pokaże:)).
W dzieciństwie miałam włosy falowane ale raczej proste... W okresie dorastania zmieniły sie w ogromną szopę maleńkich sprężynek doprowadzając mnie do szaleństwa. Wtedy zupełnie mi sie nie podobały i kiedy odkryłam dobrodziejstwa produktów od stylizacji i prostownicę zaczęłam uparcie z nimi walczyć. W czasie studiów przeszłam na prostowanie suszarką i później nie wracałam już do włosów kręconych. Niezbyt miło wspominałam okres szkolnego męczenia sie z nimi i wydawało mi sie że troszkę się rozprostowały.

Cały czas stosowałam pielęgnację która raczej włosy wygładzała i prostowała, nie miały więc szansy się pokręcić:)
Obecnie jestem po paru próbach ponownego kręcenia i muszę powiedzieć że efekty trochę mnie zaskoczyły! 

Często bywa tak że pomimo naszego włosomaniactwa i dbania o włosy one dalej są nieposłuszne i puszące się. Jeśli tak jest w Waszym przypadku możliwe że jesteście posiadaczkami 'utajonych' fal:)







 Do klasycznej pielęgnacji dodałam produkty do stylizacji i trochę inaczej podeszłam do całego procesu suszenia. Niżej widzicie produkty których użyłam, później dokładnie wszystko Wam opiszę.

Oczywiście jeśli macie w 100% proste włosy taka zmiana nic nie da. Ale jeśli Wasze włosy nie są zupełnie proste lub opisałybyście je jako niesforne warto raz potraktować je jak włosy falowane i zobaczyć co się stanie.




  




Niżej efekt jaki udało mi się uzyskać za pierwszym razem. Zwykle noszę falowane włosy które kojarzycie ze zdjęć:) Tym razem potraktowałam je troszkę inaczej co zaowocowało burzą loczków. 



Na zdjęciu włosy nie są jeszcze całkiem suche, ale skręt wyszedł bardzo mocny. Użyłam żelu Isany do stylizacji i nie ugniatałam loczków po wyschnięciu aby nadać im bardziej miękkiego charakteru. Zrobiłam to dopiero za drugim razem....





  




Niżej efekt jaki udało mi sie uzyskać później kiedy do żelu z Isany dodałam jeszcze odżywki nabłyszczającej z JMO w roli żelu właśnie. Po wyschnięciu ugniatałam również kosmyki aby nie były zbyt pozlepiane żelem. Taki bardziej puszysty efekt o wiele bardziej mi sie podobał bo wyglądał naturalniej.







Takie włosy znacie z poprzedniego postu. Następnym razem spróbuję osiągnąć jeszcze mocniejsze loki bez 'puszków' po bokach i o bardziej zdefiniowanym skręcie.









Ok, teraz przechodzimy do rzeczy... Co dokładnie zrobiłam? Niżej możecie zobaczyć raz jeszcze wszystkie produkty. Zaczniemy krok po kroku i troszkę o nich opowiem.









Jakie są zasady jakie stosujemy mając odczynienie z włosami falowanymi lub kręconymi?

Unikamy ciężkich silikonów bo po nich trudniej będzie się włosom kręcić.
Pamiętajmy o odżywkach bez spłukiwania. (ja wcześniej ich nie stosowałam)
Sięgajmy po szampon bez silikonów.

Fale zawsze zachowują sie troszkę inaczej, więc raz wyjdzie lepiej a raz gorzej:)





MYCIE + MASKA:


Umyłam włosy szamponem Lush Trichomania. Najlepiej będzie jeśli użyjecie lekkiego szamponu oczyszczającego bez silikonów aby spłukać je z włosów po wcześniejszym używaniu. Polecam szampony Barwy, Fitomedu i Tołpy.


Po myciu nałożyłam maskę Wax do włosów ciemnych i trzymałam ją na włosach pod czepkiem podgrzewając około 30 minut. Jeśli macie sztywne z natury włosy wybierzcie maskę która je lekko zmiękczy czyli coś co w składzie posiada emolienty oraz humektany. Jeśli macie włosy zbyt miękkie wybierzcie maske z proteinami hydrolizowanymi.  
Spłukałam włosy zimną wodą i owinęłam na chwilę w ręcznik. Póżniej delikatnie rozczesałam grzebieniem o szeroko rozstawionych końcach.











ODŻYWKA+ STYLIZACJA


Teraz czas na stylizację. Zaczynam od lekkiej odżywki bez spłukiwania Joanna, Naturia z Makiem i Bawełną, którą kupiłam na szybko szukając czegoś taniego:) Okazało się że sprawdziła się całkiem fajnie, nie obciążyła włosów. Użyłam około łyżki wcierając w mokre jeszcze włosy. Później delikatnie rozczesałam grzebieniem o szeroko rozstawionych końcach. Lekko je ugniatam tak aby łożyły sie w fale.


Następnie sięgnęłam po żel z Isany. Każdy tani żel się sprawdzi, możecie użyć też żelu z siemienia lnianego.
Łyżkę stołową żelu rozmieszałam z odrobiną wody na dłoni i zaczęłam rozprowadzać na włosach, przeczesując je palcami tak aby zbierały się w większe grupki.



Przy drugim podejściu użyłam odżywki nabłyszczającej z John Masters Organics ( http://wizaz.pl/kosmetyki/produkt.php?produkt=46705) (http://estyl.pl/john-masters-organics-odzywka-bez-slukiwania-blask-i-miekosc-113g.html) w roli żelu. Okazała sie bardziej nawilżająca, mniej utrwalająca, ale lepsza dla moich suchych włosów.

Więcej pisałam o niej TUTAJ, ma również świetny skład.

Skład: Aloe Barbadensis (aloe vera leaf juice) Gel,* Aqua (water), Glycerin, Guar Gum,* Sodium Alginate, Daucus Carota Sativa (carrot) Seed Oil,* Olea Europaea (olive) Oil,* Calendula Officinalis (calendula) Extract,* Anthemis Nobilis (chamomile) Extract,* Xanthane Gum, Methylcellulose Gum, Macrocystis Pyrifera (kelp) Extract,* Marine
Phytoplankton, Fagus Sylvatica (beech) Extract*








SUSZENIE

Suszyłam moje włosy z pomocą dyfuzora. To właśnie on pomoże nam wyczarować najładniejsze fale i loki.  Posiadam najtańszą suszarkę z dyfuzorem dostępną w Saturnie, żadnego szału nie ma ale spisuje sie bardzo dobrze!

Nakładam włosy do miseczki dyfuzora i włączam, lekko unosząc go i opuszczając. Używam ciepłego powietrza, nigdy gorącego i często włączam zimny nawiew. Kiedy włosy są prawie suche pozwalam im na samodzielne doschnięcie.

Później ewentualnie lekko dogniatam kosmyki zbyt  mocno utrwalone, tak aby nie zniszczyć skrętu ale nadać im bardziej naturalny wygląd.





 




No i to już tyle...uff, mam nadzieję że napisałam o wszytskim! Dajcie znać jak sprawa ma sie z Waszymi włosami, czy przewidujecie że mogą się ładnie pofalować po niewielkich zmianach czy może z natury są kręcone.



Jeśli zamierzacie eksperymentować możecie podesłać mi fotki z przed i po na brunettesheart@poczta.fm albo wrzucić na FB:)

W razie pytań piszcie śmiało, ja zabieram sie za pytania pod poprzednim postem:*

buziaki!!

Alina







17 września 2012

Pielęgnacja skóry, czego używam i co robię.





Dawno nie było nic o pielęgnacji skóry:) Tymczasem mój pielęgnacyjny plan troszkę się zmienił, a właściwie uprościł i pomyślałam że Wam o nim opowiem. Dalej skupiam się głównie na dbaniu o skórę od środka, dzięki czemu mogłam z czystym sumieniem zrezygnować z masy kosmetyków.
Od dawna tak luźno nie podchodziłam do poszczególnych kroków pielęgnacji i muszę powiedzieć że to świetne uczucie:) Widzę że to co robię nie ma tak wielkiego wpływu na stan mojej skóry jak to co jem i jak się czuję. Jeśli chodzi o pielęgnację staram się przede wszytskim sprawiać sobie przyjemność zapachami kosmetyków których używam czy traktować ją raczej jak przyjemny rytuał.


Niżej możecie zobaczyć czego obecnie używam. Wiele tego nie ma i jakaś część jest zjadliwa:>









Rano:

Poranek to moment dnia w którym moja skóra zdecydowanie wygląda najlepiej więc staram sie to wykorzystać i niczym dodatkowo jej nie irytować. Najczęściej sięgam po spray lub tonik i przecieram lekko buzię z pomocą wacika.



Toniki których używam to Tonik z olejkiem różamym Dr Beta i Płyn Lawendowy z Fitomwedu.
Wcześniej używałam hydrolatów, wody z kwiatu pomarańczy lub zielonej herbaty.

Poziom nawilżenia jaki zapewniają mi toniki w zupełności wystarczy mojej skórze więc odpuszczam sobie wszelkie kremy:) Szczerze mówiąc to i tak nic nie dawały.



Kiedy byłam jeszcze w posiadaniu pasty migdałowej bardzo lubiłam używać jej właśnie rano, ale ostatnio mi sie skończyła, stąd jej brak na zdjęciu:) Więcej o paście TUTAJ....






W ciągu dnia:


Najczęściej sięgam po coś odświeżającego i poprawiającego trwałość makijażu. Moim ukochanym kosmetykiem jest Beauty Elixir z Caudalie, i choć teraz zastępuję go którymś z toników z dodatkiem olejku miętowego, to co jakiś czas do niego wracam. 
On również był na tyle nawilżający że nie czułam potrzeby korzystania z kremu, choć na zimę pewnie sięgnę po masełka i zrezygnuję z tego psikania w ciągu dnia.






 



Dodanie kropli naturalnego, miętowego olejku eterycznego do toniku w sprayu da nam podobny efekt. 

Piszę o olejku ponieważ dodawanie go do wszelkich psikadełek jest świetnym sposobem na to aby się rano szybciej obudzić i odświeżyć buzię w ciągu dnia. Dodany do psikadeł na włosy odświeży ich zapach, 'zapalony' w kominku genialnie pobudza.



To już moje trzecie opakowanie i mogę powiedzieć że nie wyobrażam sobie bez niego pielęgnacji, choć nie jest klasycznym produktem do tego przeznaczonym.









Wieczorem:

Wieczorem oczywiście stawiam na oczyszczanie. Zwykle wykonuję demakijaż przy pomocy oleju makadamia, oliwy z oliwek lub oleju z pestek winogron.

Sięgam również po OCM, na zmianę z mydłem Aleppo 25%. Tutaj naprawdę nie ma reguły i używam tego co akurat mam pod ręką.


Jestem  wielką fanką oczyszczania twarzy miodem. Wcześniej miałam okazje używać miodu manuka, jednak na dłuższą metę okazał się zbyt drogi. Obecnie używam zwykłego miodu, który nakładam na wilgotną buzię po demakijażu i trzymam około 15 minut jako maseczkę, aby później spłukać lekko masując buzię. To doskonały nawilżacz i peeling w jednym!

Jeśli akurat czuję potrzebę mocniejszego złuszczania mieszam miód z solą i olejem makadamia lub oliwą.


Oczywiście często sięgam po domowe maseczki i bardziej skomplikowane sposoby pielęgnacji ale o nich możecie poczytać niżej:






 



Na usta:


Są dwa kosmetyki do ust, które uwielbiam. To Blistex Lip Relief Cream i wazelina biała z Ziaji.  Używam ich cały dzień i naprawdę zapomniałam o spierzchniętych ustach, a miałam z nimi problem bo ciągle je oblizuje:)








Na noc: 

Czasem sięgam po krem lub masło, choć ostatnio to rzadkość. Bardzo lubiłam kremy z Alterry, masło shea, a ostatnio udało mi się upolować ciekawostkę.... Krem Żmijowy.

Krem Żmijowy a na opakowaniu kobra:) Zawiera wyciąg z żywokostu, rozmarynu, kamfory i... jadu żmiji. Uwielbiam takie dziwne kremy i choć nie pałam miłością do węży musiałam go wypróbować....Póki co sprawdza się bardzo fajnie, przypomina kremy glicerynowe i zapach kamfory bardzo mi odpowiada.










A propos węży... nie wiem jak Wy ale dla mnie to jedyne zwierzęta których sie naprawdę boje. Wszelkie robaki, tarantule, myszy nie robią na mnie wrażenia, ale węże tak. Kiedy byłam mała potrafiłam uciekać przed papierowym wężem zabawką i tak już zostało. Ostatnio dzięki uprzejmości przyjaciela miałam okazję sie przemóc i zwalczyć swój strach:)

Uparłam sie że wezmę węża na ręce i choć przez pierwsze 15 minut drapałam się pod sufit, to w końcu sie przemogłam! Jestem  z tego strasznie dumna bo wcześniej kiedy widziałam węża w terrarium uciekałam na kilometr... Niżej wąż w moich rękach...brr:)


Wy też macie jakieś zwierzęta których sie tak boicie?:)







I jeszcze jedno:) Ostatnio postanowiłam że moje zapomniane loki muszą przejść reaktywacje. Tyle było pięknych dziewczyn z lokami na blogu że im pozazdrościłam haha:))  Jestem już po paru próbach i różnie to wychodzi ale generalnie udało mi sie odkryć sposób na to aby bezboleśnie wrócić do włosów kręconych:)

Jutro pewnie pokaże Wam zdjęcia przed i po razem z kosmetykami których użyłam.









Kochane piszcie jak wygląda Wasza pielęgnacja i jaki macie typ skóry.

Chętnie poczytam o Waszych ulubieńcach do pielęgnacji których akurat w tym momencie używacie!



Jeśli macie jakieś pytania piszcie:)

Buziaki

Alina



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Obsługiwane przez usługę Blogger.